Zanzibar wyspa skarbów

„Obiecaj, że wrócisz” – zaszumiał ocean, gdy okręt królowej Saby kierował się już ku brzegom. „Wrócę” – obiecała królowa i wrzuciła do wody naszyjnik z pereł. „To za mało za łaskawość moich fal i przychylność wiatru” – ocean zaszumiał mocniej. Królowa uśmiechnęła się i cisnęła w fale szkatułę pełną klejnotów. Skrzynia uderzyła o dno, otworzyła się, a ze skarbów królowej powstały wyspy archipelagu Zanzibar.

Za każdym razem zaczyna się od ZACHWYTU. Szeroko otwarte oczy chłoną krajobrazy utkane z fal, piasku, chmur i słońca. Intensywne kolory kobiecych kang łopoczą na wietrze. Aż po horyzont ciągną się niemożliwe odcienie błękitu, turkusu, szmaragdu. Uszy to pieści papierowy stukot palmowych liści, głos muezina i pieśń taarab, to drażni zgiełkliwy chaos uliczek, nawoływania rybaków i głośne targi handlarzy. Nos zanurza się w tysiącu zapachów, tak innych od wszystkiego, co zna. Skóra z rozkoszą poddaje się ciepłym podmuchom wilgotnego, słonego wiatru, a stopy, wreszcie wolne i nagie nurzają się to w bieli, to w błękicie. I jeszcze boski, aż nadto, smak pierwszego mango rozgrzanego słońcem, którego nie da się zapomnieć ani z niczym porównać. Spływający po brodzie sok, w porę nie zlizany, kapie bezkarnie na ręce, na stopy. Niech kapie, zaraz spłucze go kolejna turkusowa fala, zaraz wysuszy go wielkie, złote słońce, wiszące hen, wysoko nad głową. Tak wysoko, że nie daje cienia, tylko malutkie plamki zmniejszonych do granic możliwości ludzi i przedmiotów.

Zachwyt to apetyt. Więc szukasz kolejnych smaków, woni, dźwięków, widoków. Sycisz nimi zmysły – zachłannie, łapczywie, bez wytchnienia. Aż poczujesz, że dość, że pierwszy głód tego świata, tak innego i niezwykłego, zaspokojony. A wtedy już wolniej, uważniej patrzysz, smakujesz, zaczynasz rozróżniać.

Czarna jak smoła kawa w maleńkiej czarce przywodzi na myśl berberyjski namiot, w którym wieczni wędrowcy schronili się gdzieś wśród piasków arabskiej pustyni. Ale przecież wyraźnie czujesz także zaczepny smak kardamonu, który przywędrował hen z dalekiej Azji, aż z Wysp Korzennych.

W wąskich uliczkach mijają się afrykańskie kangi w wysyconych słońcem barwach z czarnymi buibui i chustami zawiązanymi ciasno przy twarzy na muzułmańską modłę.

Watoto kwenda nyumbani – matka woła dzieci do domu, tak samo jak w środku wioski na afrykańskiej sawannie.  Thelathini, arobaini, hamsini – kupiec odlicza na bazarze, tak samo jak w Omanie czy Jemenie, i skwapliwie przekłada z ręki do ręki metalowe krążki.

Smużka kadzidlanego zapachu prowadzi do sklepiku pełnego olejków, maleńkich buteleczek z perfumami, słoiczków z oudi. Tuż obok, na tacach piętrzą się krążki chapati i kulki katchori, które z uśmiechem podaje klientom dziewczyna w hinduskim sari.

Napotkane twarze witają wesołym Jumbo!, uprzejmym Habari!  albo pełnym szacunku Shikamoo! Twarze ciemne jak heban i złociste jak skórka chleba. Pociągłe i okrągłe. O ustach wąskich albo pełnych i wydatnych, o oczach wyciętych w kształt migdałów albo dużych i krągłych.

I pojawia się ZADZIWIENIE. To tak, jak gdyby podróżować przez pół świata. Jednocześnie przez Afrykę, Indie, Arabię, daleką Azję, starą Persję.

A przecież zaledwie krążysz po uliczkach starego, kamiennego Stone Town. Zaledwie wędrujesz białymi plażami wzdłuż rybackich wsi nad oceanem. Skąd to pomieszanie? Gdzie właściwie jesteś?

Dobry los, ciekawość, przyjaciele – cokolwiek cię tu przywiodło, trafiłeś do raju. Jak przed wiekami żeglarze i kupcy, których łodzie i statki niesione monsunem trafiały tu, na wschodnie wybrzeża Afryki, z Arabii, Indii, Persji, Indonezji czy Chin. Tu, gdzie z początku nieśmiało stawiali stopy na gościnnych brzegach krainy Zandż, „krainy czarnych ludzi”. Ciekawi jej mieszkańców, ziemi i jej darów wymieniali pozdrowienia, towary, potrawy. Afrykanie byli  równie zaciekawieni. Więc przybysze zostawali, osiadali, płodzili dzieci i mieszali krew. Razem tworzyli nowy świat, nowy język, nową kulturę. Inną niż te, w których sami wyrośli, zgodnie łączącą to co afrykańskie, arabskie, hinduskie, perskie. W jedno. Nowe.

Powstała jedyna w swoim rodzaju kultura Suahili, kosmopolityczna i otwarta, bo zrodzona z wielu tradycji. Bogata i różnorodna. Afryka dała jej witalność, rytmy, obrzędy i moc trwania, Arabia islam, poezję i żeglarski kunszt, Indie i daleka Azja przyprawy i zmysł do handlu, Persja muzykę i bogactwo wzorów. Wymieszały się smaki, zapachy, stroje, zwyczaje, wierzenia i języki. I powstał kulturowy klejnot – jedyny, niepowtarzalny. Niczym te ze szkatuły królowej Saby. Nie starczy życia, by go w pełni poznać. Ale warto próbować:  dotykać, oglądać, smakować i starać się zrozumieć. Odkrywać skarby Zanzibaru, serca świata Suahili.