Rytuał przejścia

Unyago to wciąż kultywowany na Zanzibarze stary afrykański rytuał. Mądre, doświadczone kobiety-nauczycielki odkrywają przed młodymi dziewczynami tajniki życia dorosłej kobiety. Uczą co dobre, a co złe, uczą zasad życia we wspólnocie, ale też jak cieszyć się własnym ciałem i obcować z mężczyzną. Wszystko odbywa się w rytmie  bębnów i tradycyjnych pieśni, których słowa to nauki i przypowieści.

Unyago, rytuał przejścia (fragment)

I zaczęło się. Na rozgrzewkę poszła pieśń z mocnym klaskaniem, w której powtarzały się słowa barabara, czyli „droga”. Bębny rozkręcały się z każdą zwrotką. Saada na msondo podawała główny rytm, Fatma szła za nim, a Raya dodawała mocy równymi uderzeniami w wydający niskie tony tutu. Halima i Huba energicznie klaskały i stopniowo wprawiały swoje biodra w kolisty ruch, który podkreślały zawiązane na sukniach kangi. Najpierw zataczały małe, prawie niezauważalne kółka, z czasem śmielsze, większe. Potem dodały ledwie dostrzegalny miękki ruch w przód i w tył, jak gdyby ich biodra były zawieszone na niewidzialnej nitce gdzieś w środku ciała. Wszystkie kobiety śpiewały mocnymi głosami, jedne wysoko „na krzyku”, inne nisko, chrapliwie. Krótki refren o drodze powtarzał się coraz gęściej i prędzej, a ich twarze i oczy jaśniały.

Msondo podało nowy rytm i popłynęła kolejna pieśń. A potem następna i następna. Dłonie bębniły coraz szybciej, oczy jednych były przymknięte, innych wzniesione i zmrużone przed ostrym słońcem. Po twarzach strugami spływał pot, bo południe zabrało cień i całe patio tonęło w blasku. Kobiety odrzuciły kangi i szale, zostały tylko w malutkich, przylegających do głowy czepeczkach. Nie przestawały grać, nie patrzyły na siebie, nie zwracały na nic uwagi zanurzone w muzyce, owładnięte rytmem.

Huba i Halima to zataczały zamaszyste kręgi, to wibrowały miękko biodrami, akcentując rytm wysuniętą spod sukienki stopą, którą wołały: „podejdź, spróbuj”. Położyły na głowach zwinięte kangi i tańczyły dalej, zupełnie nie poruszając ramionami i szyjami. Za to brzuch i biodra falowały koliście, obficie. Jak gdyby gdzieś na linii piersi znajdowała się sekretna granica między posągiem a żywym ciałem. Nagle zsunęły się i przysiadły na piętach. Mocnymi ruchami wyrzucały biodra w przód i gwałtownie cofały. Plecy w łuk, szyje napięte, uniesione twarze, przymknięte oczy. Huba dała znak i obie stanęły na czworakach, kręcąc biodrami kółka, a potem przypadły do ziemi i wyginały się to w górę, to w dół. Raz robiły to wolno, przeciągały się leniwie jak dopiero co obudzone kotki, a za chwilę gwałtownie, wręcz konwulsyjnie. Nie trzeba było żadnych słów, by zrozumieć, by poczuć. Choć jakieś słowa, dla mnie niezrozumiałe, płynęły w pieśni, nie prosiłam Aiszy, by tłumaczyła. Nie chciałam płoszyć tej chwili naelektryzowanej erotyzmem i mocą.

Huba zaprosiła mnie gestem, bym do nich dołączyła. Zawiązała mi kangę i delikatnie wprawiła w ruch moje biodra. Patrzyła mi prosto w oczy, intensywnie, wyzywająco. Kanga zaciśnięta wokół bioder niczym obręcz prowadziła mnie, zataczałam coraz większe kręgi. Huba chwyciła mnie z tyłu za biodra popchnęła ku przodowi, a potem pociągnęła do tyłu. Zaczęłam, jak one, falować w przód i w tył, nie przestając jednocześnie kreślić kółek. Ale wtedy o tym nie myślałam. O niczym nie myślałam. Ciało stawało się rytmem. Było gorąco,  widziałam szkarłatne słońce przez przymknięte powieki, czułam słone strużki na twarzy, szyi, plecach. Falowałam, frunęłam, płynęłam…

W końcu bębny zaczęły zwalniać, stopniowo cichły, uwalniały nas z rytmu, pozwalały odetchnąć, wrócić. Patrzyłyśmy na siebie rozradowane, szczęśliwe, półżywe ze zmęczenia. Kobiety odłożyły bębny, przysiadłyśmy w jedynym skrawku cienia na progu. W milczeniu wycierałyśmy twarze kangami, kubki z wodą krążyły z rąk do rąk. Pomalutku wracałyśmy do Ng’ambo.