Od dagerotypii do smartfona

W fotografii wiele, choć nie wszystko, zależy od technologii; technologia z kolei nie stoi w miejscu, ale rozwija się napędzana głównie potrzebami fotografów oraz niekończącą się rywalizacją pomiędzy producentami aparatów. Jak w niemal każdej dziedzinie życia, kluczową rolę odgrywa tu zmiana, a największą batalię toczą jej zwolennicy oraz tradycjonaliści. Od początku swojej wielkiej przygody z fotografią znajdowałem się w tym pierwszym obozie, wychodząc z prostego założenia, że jeżeli ktoś wymyślił rozwiązanie, które ułatwia nam pracę, to należy przynajmniej je wypróbować. Idąc tym tropem, nie bałem się ani bezlusterkowców, ani kompaktów. I nie boję się smartfonów. Wręcz przeciwnie – bardzo dobrze się bawię, wykorzystując je w swojej pracy.

Jeszcze kilka lat temu osoba robiąca zdjęcia telefonem komórkowym nie była traktowana poważnie. Dziś ten stereotyp powoli traci swoją moc, ale w powszechnej świadomości nadal istnieje przeświadczenie, że smartfon nie może się równać z aparatem. Pod wieloma względami to prawda, jednak to urządzenie niesamowicie spopularyzowało fotografię. Każdy posiadacz komórki ma możliwość robienia zdjęć gdziekolwiek się znajdzie. A w związku z tym, że ma taką możliwość, to z niej korzysta, często uzyskując fantastyczne efekty. W połączeniu z innymi funkcjami smartfon staje się nie tylko zabawką, ale również bardzo cennym narzędziem w rękach fotografa.

Jeśli więc mamy już w kieszeni smartfon i sięgamy po niego, żeby sfotografować siebie, swój talerz, kolegów, zdarzenie uliczne lub wyjątkowo piękną dziewczynę, to spróbujmy zrobić to świadomie i z uwagą, na jaką zasługuje wyjątkowe danie czy wspomniana niewiasta. Dzięki temu efekt będzie zdecydowanie lepszy.

Smartfon nie zastąpi oczywiście klasycznego aparatu, jednak staje się doskonałym uzupełnieniem zestawu, który fotograf zabiera ze sobą w plener. Dla mnie jest on naturalnym wytworem ewolucji fotografii, która postępuje od momentu powstania tej sztuki w latach trzydziestych XIX wieku. Zamiast więc z punktu odrzucać smartfon jako poważne urządzenie w rękach profesjonalnego fotografa, prześledźmy historię, która doprowadziła nas do zupełnie nowej gałęzi sztuki.

Podejrzewam, że gdyby pierwsi mistrzowie fotografii zobaczyli, jak ich rzemiosło zostało spopularyzowane dzięki rozwojowi technologii – garściami rwaliby włosy z głowy. To właśnie oni byli największymi przeciwnikami postępu, a to z prostego powodu – to, czym się zajmowali, wymagało nauki, umiejętności, cierpliwości, talentu i długo dopracowywanego warsztatu. Krytykując nowe rozwiązania, hamowali rozwój, by bronić się przed konkurencją. Stanowili kastę, w której nowi przybysze byli niemile widziani. Zmiana była jednak nieunikniona, bo mimo bycia pod ostrzałem, producenci forsowali nowe idee konstrukcyjne, które dotyczyły zarówno aparatów, jak i nośników.

Zacznijmy może od drugiej z tych dwóch ścieżek rozwoju. Pierwszym nośnikiem u początków fotografii były płyty szklane. Produkowały je wyspecjalizowane fabryki lub przygotowywali sami fotografowie. Wykorzystywane były techniki mokrego kolodionu, a nieco później do utrwalania szeroko używano żelatyny. Rozwiązanie pozostawało jednak toporne, a uzyskanie dobrego zdjęcia było zadaniem karkołomnym. Powoli więc zaczęły pojawiać się opracowane przez firmę Kodak pierwsze filmy zwojowe. Był to jeden z kamieni milowych w rozwoju fotografii. Nie tylko znacznie ułatwił obsługę aparatów, ale także sprawił, że stały się mniejsze i lżejsze. Powoli przestawały być urządzeniami stacjonarnymi, których zabranie w plener wiązało się nieraz z dużymi utrudnieniami. Film dał artystom całe morze nowych możliwości.

Ten aspekt mobilności zyskał jeszcze bardziej na znaczeniu dzięki odkryciom Oskara Barnacka. Niemiecki konstruktor w 1912 roku wprowadził film 35 mm oraz stworzył pierwszy aparat małoobrazkowy. Ciekawostką jest, że motywowała go do pracy astma, która nie pozwalała mu długo nosić ciężkiego sprzętu. Postanowił więc zminiaturyzować swoje narzędzie pracy i w ten sposób spod jego ręki wyszła Leica – symbol przełomu w fotografii.

Kolejnymi poważnymi zmianami, które na wieki poróżniły środowisko, było upowszechnienie fotografii barwnej. Równocześnie fotografia nadal się miniaturyzowała. Coraz bardziej czułe filmy pozwalały pozbywać się statywów i lamp o dużej mocy. Słowem – światło dzienne, nawet w pochmurny dzień, stało się wystarczające do zrobienia zdjęcia. „Reflektory” zostały w studiu.

Nośniki jeszcze raz stały się ważnym elementem zmian, kiedy po dwóch stronach frontu zostały umieszczone slajdy i negatywy. Zwolennicy pierwszych uważali, że slajd jest bardziej wymagający, bo nie wybacza błędów i pokazuje prawdziwy kunszt artysty. „Elity” pozostawiły więc plebsowi pracę na negatywach oraz automatycznych ustawieniach, o których zaraz będzie mowa. Oczywiście trochę przerysowuję sytuację, jednak prawdą jest, że puryści niechętnie patrzyli na uzyskiwane w labie odbitki, które zwłaszcza na początku były przeciętne, ale ich zaletą była szybkość uzyskania efektu.

Wracając do rozpoczętego tematu rozwoju aparatów, kolejnym przełomem po Leice okazały się aparaty wyposażone w zmienną optykę, które pozwalały obserwować przez wizjer to, co chcemy umieścić w kadrze. Jednak to nie one, ale tzw. kompakty, spowodowały największe wzburzenie. Profesjonaliści byli zdruzgotani, bo oto ich praca i warsztat zostały sprowadzone do poziomu bruku. Dzięki automatycznym ustawieniom każdy mógł wziąć do ręki aparat, przyłożyć do oka, wykadrować i nacisną spust migawki. Koniec. Nie trzeba już było zgłębiać arkanów sztuki. Nic więc dziwnego, że chcąc umniejszyć rolę nowego rozwiązania, aparaty kompaktowe zostały ochrzczone aparatami dla małp (lub „idiot camera”). Wkrótce automatyka ustawień zaczęła pojawiać się także w aparatach dla profesjonalistów. W latach 60. XX w. w lustrzankach wprowadzono automatykę ekspozycji, za którą dość szybko poszły inne parametry.

W rozwoju technologii nie ma jednak przestojów, a ewolucja (czasem zachodząca poprzez rewolucję) jest zjawiskiem nieustającym. Purystom nie brakowało więc kolejnych okazji, by obrażać się na cały świat. Takim powodem stały się chociażby aparaty wyposażone w autofocus, które pojawiły się wraz z początkiem lat 80. ub. wieku. Dlaczego? Ponieważ to nie przystoi profesjonaliście! Przecież ostrość trzeba ustawiać samodzielnie, a nie zdawać się na urządzenie. Dziś autofocus jest czymś naturalnym. Jest oczywiście cały czas udoskonalany, ale znajdziemy go praktycznie w każdym profesjonalnym i amatorskim aparacie.

Te konflikty były jednak niczym w obliczu nadciągającej rewolucji cyfrowej. To mniej więcej jak wojna trzydziestoletnia i II wojna światowa. Pierwsza toczyła się długo, miała wiele punktów kulminacyjnych i punktów zapalnych, ale druga stała się konfliktem totalnym. To było jak trzęsienie ziemi, które utworzyło wielką wyrwę w ziemi.

Co się działo później, wszyscy wiemy. Prorocy wieszczący rychły zmierzch „cyfrowego wybryku natury” musieli wejść pod stół i odszczekać. Fotografia cyfrowa rozwijała się bardzo szybko, wkrótce przejmując całkowitą dominację nad światem amatorów i profesjonalistów. Puryści musieli to nie tylko zaakceptować, ale także wprowadzić do swojego arsenału. W cieniu tego wielkiego konfliktu po cichutku, spokojnie i niemal niezauważony pojawił się telefon komórkowy…

Samo urządzenie oczywiście wzbudziło ogromne emocje. Jednak mało kto zwrócił uwagę na pierwsze modele wyposażone w aparaty fotograficzne. Tak prymitywnym, zminiaturyzowanym do granic możliwości urządzeniem można było co najwyżej zrobić zdjęcie rozkładu jazdy pociągów. Rozwój jednak postępował i wkrótce możliwości stały się nieporównywalnie większe. Po raz kolejny konserwatywne środowisko musiało pogodzić się z nowością, która odebrała im licencję na fotografowanie świata. Taki „komórkowy aparat” nie ma oczywiście szans ze swoim starszym profesjonalnym bratem, ale daje wiele innych możliwości. Brak wymiennej optyki, niewielkie rozmiary matrycy i spowodowaną tym słabszą jakość – wynagradza użytkownikowi tym, że jest tylko częścią urządzenia, które podłączone do Internetu daje niesamowite możliwości. Fotografia trafiła pod strzechy i dalej w szeroki świat – z telefonów do serwisów społecznościowych. Zdjęcia zyskały w ten sposób własne życie.

Jak już wspomniałem, początkowo aparat w komórce był dodatkowym gadżetem. Do momentu pojawienia się pierwszego zaawansowanego smartfona – urządzenia, które nie służyło już jedynie do wykonywania telefonów, wysyłania SMS-ów i grania w węża. To był punkt zwrotny. IPhone – bo o nim tutaj mowa, miał nie tylko stosunkowo sprawny aparat, ale również wiele użytecznych funkcji, które stworzyły niszę dla nowego typu fotografii. Konkurencja nie spała, co wkrótce doprowadziło do prawdziwego boomu. Portale społecznościowe stały się platformą do dzielenia się zdjęciami. Popularność oznaczała dostępność środków finansowych na opracowywanie nowych rozwiązań technologicznych, dzięki którym aparaty w smartfonach szybko upodobniły się do kompaktów. Jednak nie w ich prymitywnej wersji, ale tej współczesnej – zaawansowanej i dającej nieraz  zaskakujące efekty.

Smartfon poza rolą w „fotografii masowej” może być też bardzo ciekawym uzupełnieniem dla profesjonalisty, ale problemem zawsze pozostanie niewielki rozmiar urządzenia. W tak małym sprzęcie trudno jest zmieścić technologię, którą znajdujemy w lustrzankach – choćby wymienną optykę. LG wprowadziło więc smartfony, w których zamontowano kilka obiektywów, a to tylko jedno z rozwiązań na szybko rozwijającym się rynku.

Uważam jednak, że siła fotografii smartfonowej nie tkwi w jej zaawansowaniu technologicznym, ale dostępności. Do tej pory aparat kupował ktoś, kto chciał robić zdjęcia. Dziś, dostajemy aparat w zestawie z telefonem i nosimy go w kieszeni bez względu na to, czy chcemy, czy nie. Możemy początkowo nie zwracać na niego uwagi, ale siła otaczających nas trendów prędzej czy później wpłynie na nasze zachowanie. Wówczas sięgniemy do wspomnianej kieszeni nie po to, by odebrać połączenie lub napisać SMS-a, ale by udokumentować coś, na co patrzymy. Zrobić zdjęcie i podzielić się nim ze znajomymi w czasie rzeczywistym.

Nowe, silne zjawisko społeczne wytworzyło zapotrzebowanie, na które odpowiedzieli producenci, szybko zamieniając prymitywne rozwiązanie na zaawansowany technologicznie produkt. Powstało prawdzie perpetuum mobile. Ludzie napędzani chęcią dzielenia się niemal każdą chwilą swojego życia zaczęli płacić więcej i więcej wymagać. To z kolei napędziło rozwój fotografii, która stała się zjawiskiem masowym.

To jednak nie wszystko. Upowszechnienie się fotografii nie oznacza bowiem tylko jej umasowienia – czytaj obniżenia standardu. Pośród milionów amatorów odnaleźli się domorośli, ale ambitni twórcy. Jednostki, które instynktownie potrafią wykorzystać specyficzną plastykę oraz przypadkowy charakter zdjęć wykonywanych telefonem. Na smartfony bardziej przychylnym okiem popatrzyli też profesjonaliści, dodając go do swojego wyposażenia.

Ciekawym przykładem może być chociażby fotoreporter brytyjskiego „Guardiana”. Dan Chung postanowił dokumentować przebieg igrzysk olimpijskich w Londynie w 2012 roku właśnie za pomocą smartfona. Efekt jego pracy zaskoczył ludzi na całym świecie. Okazało się, że niedoskonałości aparatów zamontowanych w telefonach można przekuć w sukces. Powstała cała seria zdjęć pokazująca różne dyscypliny sportu uwiecznione czasem zupełnie nowatorski sposób. Co więcej, Dan Chung udowodnił, że za pomocą tak prostego urządzenia można rejestrować tak dynamiczne zjawisko, jakim jest sport.