Jedziemy do Tybetu

tybet

Fragment książki „Tryptyk wschodni. Chiny, Tybet, Mongolia” Elżbiety Sęczykowskiej.

Tak więc marząc o kolejnej ekspedycji do Tybetu przywoływałam wciąż obrazy zaczerpnięte z książek, obejrzanych filmów i wcześniejszego krótkiego rekonesansu latem poprzedniego roku. Rozpalały one niezmiennie moją wyobraźnię, nie dając spać po nocach. Byłam też świeżo po fascynującej lekturze książek napisanych przez Aleksandrę David Neel, pierwszą białą kobietę, która dostąpiła zaszczytu wyświęcenia na tybetańskiego lamę. Niezwykle sugestywne opisy jej drogi do Tybetu w sensie dosłownym i w przenośni – nauki praktyk tantrycznych, przeprowadzonych badań nad obyczajem, religią i kulturą, wywoływały we mnie dreszcz ekscytacji.

I nagle okazało się, że to wszystko stało się nagle rzeczywistością! Szalałam z radości! Mogłam wreszcie podążyć jej śladem i wielu innych podróżników, bowiem przyszła do nas propozycja nakręcenia reportaży telewizyjnych dla TVP.

Dla naszej nowej ekipy oznaczało to nie tylko ogromne wyzwanie, ale wejście w bardzo gorący czas przygotowań. Oprócz konieczności poszerzenia wiedzy na temat samego Tybetu, wymagało od nas przede wszystkim umiejętności zdobycia stosownych dokumentów i pozwoleń, które umożliwiłyby nam poruszanie się po miejscach niedostępnych dla przeciętnego turysty i podróżnika. Niemniej istotną sprawą było również przygotowanie skomplikowanej logistyki całej wyprawy. Jednak wszystkie te przygotowania nie przerażały nas, a jedynie napełniały radością, bo poczuliśmy wreszcie wyczekiwany „wiatr w żagle”, nagły przypływ sił oraz dobrej energii do przezwyciężenia wszelkich przeciwności losu, które mogą pojawić się na naszej drodze.

Tym razem stanowiliśmy wraz z Ryszardem, Januszem i Szymonem zespół, którego zadaniem miała być relacja fotograficzna naszej wyprawy, a także nakręcenie filmów ukazujących misteria Nowego Roku Tybetańskiego podczas dni Wielkiej Modlitwy
w dalekim klasztorze Kumbum w północnej prowincji Amdo. Mnie przypadło zatem zorganizowanie sprzętu fotograficznego, materiałów filmowych, potrzebnej literatury, konsultacji naukowej na uniwersytecie, prowiantu oraz zapewnienie ogólnie dobrej atmosfery i łagodzenie ewentualnych napięć, które najczęściej towarzyszą każdej ekstremalnej wyprawie. Panowie zaś skupili się na zgromadzeniu kilku kamer filmowych i kaset, statywów, jak również całego sprzętu oświetleniowego, dźwiękowego i turystycznego. Firma z Wrocławia specjalizująca się w produkcji odzieży alpinistycznej uszyła nam puchowe kurtki i śpiwory na wielkie mrozy ze specjalnie sprowadzonej w tym celu angielskiej tkaniny, która była rozpowszechniona wówczas jedynie wśród wybrańców udających się w Himalaje. Trzeba przyznać, że faktycznie dawała przyjemne ciepło zaraz po wtuleniu się w nią, o czym przekonałam się dość szybko, kiedy wraz z grupą pątników przemierzaliśmy bezdrożami pustą, nieprzyjazną krainę, a doskwierające, siarczyste mrozy sięgały –40° Celsjusza. Wówczas wielokrotnie błogosławiłam nasze skafandry i wspaniałe ciepłe śpiwory, bez których nie dałoby sie przetrwać tych trudnych warunków…

Janusz, nasz serdeczny przyjaciel, teraz mający pełnić rolę operatora, nie dowierzając wciąż w prawdziwość propozycji wspólnego wyjazdu, powtarzał wciąż tę samą mantrę: „Czy to możliwe, czy my naprawdę jedziemy do Tybetu?”.

– Ależ tak, tak! Jedziemy! – uspakajał Ryszard, sprawca i główny organizator całego zamieszania.

Szymon zaś, uznany filmowiec i wielokrotny uczestnik szeregu alpinistycznych wypraw, sięgnął do przepastnych zakamarków swego niezwykłego mieszkania w Milanówku, aby wydobyć z nich stary aparat fotograficzny i naznaczone już mocno zębem czasu honorne górskie buciska oraz sfatygowany plecak.

Stanęliśmy więc teraz wszyscy przed wielkim wyzwaniem, bo to już nie przyjemny rekonesans i czas lightowego podróżowania, a duża odpowiedzialność związana z przygotowaniem materiału filmowego w warunkach zimowych i w niedostępnych, z pewnością dalekich od luksusu nieznanych nam miejscach.

Jednakże co może stanowić przeszkodę w zderzeniu z ciekawością świata, ekscytacją nowością i gorącym pragnieniem poznania? Zapewniam, że żadna siła nie może wówczas stanąć na drodze, która powstrzymałaby działanie wzmożone gwałtownie pobudzającą adrenaliną!

I tak oto nadeszła ta cudowna chwila, kiedy stoi się na lotnisku z tłumem bagaży w oczekiwaniu na odprawę, a serce mocno i radośnie bije w oczekiwaniu nowej przygody…

Przypomniałam sobie natychmiast nasz ubiegłoroczny wyjazd do Chin i czas poprzedzający, kiedy wyciągaliśmy zewsząd sterty przewodników i map, by zaplanować najciekawszą trasę. Wtedy to właśnie zapadła decyzja o wyprawie w północne rejony Chin, do słynnych grot w Dunhuangu położonych na krańcach pustyni Takla Makan. Tamtędy bowiem przebiegał Jedwabny Szlak, którym przemierzały handlowe karawany wielbłądów, dostarczając cennych towarów na Daleki Wschód. Jadąc tam, planowaliśmy zahaczyć również o północno-wschodnie krańce Tybetu, aby przekonać się na własne oczy, co pozostało po licznych klasztorach należących do szkoły Żółtych Czapek i ile spośród nich praktycznie ocalało. Wyprawa w tamte rejony była więc znakomitą okazją i pretekstem do wjazdu na teren Tybetu od strony chińskiej i odwiedzenia wielkiego klasztoru Kumbum, o którym krążyły legendy, nie tylko z racji jego wspaniałej historii, ale przede wszystkim dlatego, że w tej części prowincji Amdo urodził się obecny Dalajlama.

Magiczne słowo „Tybet” dźwięczało natrętnie, nieustannie i tajemniczo w mojej głowie, było wciąż obecne w wyobrażeniach, nocach pełnych marzeń o nieznanym… Skojarzenia z Tybetem łączyły w sobie zarówno jego tajemniczość, jak i niedostępność – to wyjątkowo rozbudzało wyobraźnię w tworzeniu nierzeczywistych obrazów bóstw, legend, wyroczni i wierzeń.

W połowie czerwca 1993 roku wylądowaliśmy z Ryszardem na lotnisku w Pekinie. Pamiętam doskonale owiewający mnie wówczas silny wiatr i suchy żar powietrza niesionego znad pustyni Gobi, jakże tęskniłam teraz do tego odległego wspomnienia…

Chciałam znów jechać tymi słonecznymi ulicami przepełnionymi dźwiękami cykad, wdychać korzenne zapachy, czuć ciepło na twarzy i wiatr we włosach.

– Proszę pani paszport, a bagaż proszę postawić tutaj – głos urzędniczki wyrwał mnie nagle z odrętwienia. Zimny powiew powietrza ciągnący z holu uświadomił mi w jednej chwili porę roku oraz miejsce, w którym się znajduję…

Był właśnie początek lutego, a my wsiadaliśmy na pokład samolotu do Pekinu.