3 pytania do Wojciecha Dingesa, prezesa Kolei Śląskich

Co sprawiło, że swoje życie zawodowe związał Pan z koleją?

Może zacznę żartobliwie: Gdy miałem kilka lat, mama powiedziała: „Synek, masz takie duże uszy, że chyba zostaniesz kolejarzem”. „Czemu?” – zapytałem. „Bo będziesz miał pewność, że ci czapka na oczy nie spadnie”. Pamiętam też pewną historię z moich podróży kolejowych na studia, którą przywołuję żartem jako jeden z początków mojej przygody z zawodem. Razem z kolegami po zajęciach wbiegłem na gliwicki dworzec. Gdy wpadliśmy zdyszani do składu EN57, zdjąłem kurtkę i wrzucając ją zamaszyście na półkę, zahaczyłem o nieosłoniętą świetlówkę, która pękła z hukiem i spadła mi prosto na głowę. Widząc, co się stało i moją minę kierownik pociągu nawet się na mnie nie złościł, tylko powiedział, żebym jeszcze wyszedł i wytrzepał z ubrania resztki szkła i luminoforu, żeby się nie zatruć. Sam też pozamiatał jakoś podłogę. Czasem żartuję, że to był swoisty chrzest kolejowy…

A już bardziej na poważnie − po studiach na Politechnice Śląskiej w Gliwicach zacząłem pracować
w ZWUS-ie, czyli dzisiejszym zakładzie Bombardier Transportation w Katowicach, który zajmuje się głównie projektowaniem i produkcją urządzeń sterowania ruchem kolejowym. Bardzo mi się te tematy inżynierii kolejowej spodobały, tym bardziej, że miałem możliwość wraz z bardzo fajnymi ludźmi tworzyć nowe rozwiązania. No i tak już zostałem w branży do dziś.

Gdyby nie szefował Pan Kolejom Śląskim, to teraz byłby Pan…?

Jeślibym nie szefował Kolejom Śląskim, to zapewne zajmowałbym się zagadnieniami związanymi z koleją,
czy też szerzej − transportem publicznym bądź inwentyką, czyli wymyślaniem nowych rozwiązań, bo w tych dziedzinach mam doświadczenia i pewne zdolności. Niekoniecznie jako „wielki prezes”, bo to są stanowiska z natury rzeczy czasowe. Natomiast myślę, że jeśli jest się powołanym na takie stanowisko, to należy użyć wszelkich swoich sił i wiedzy, żeby pomóc się rozwinąć organizacji, którą się zarządza. Słuchając, co ludzie mają do powiedzenia. Trzeba rozumieć, a nawet przewidywać potrzeby klientów i dostosowywać do nich swoje usługi czy produkty. I zdając sobie sprawę, że nie wszystko zawsze się udaje, mogę powiedzieć, że wspólnie z Kolejami Śląskimi trochę ciekawych rzeczy zrobiliśmy – i wewnętrznie i dla pasażerów. Tak czy inaczej, uważam, że warto robić coś, co w rezultacie innym ludziom ułatwia życie, czyni je zdrowszym lub bezpieczniejszym albo daje im poczucie sensu.

Los się odmienia i zostaje Pan multimilionerem i nie musi już nigdy pracować. Jakiemu hobby by się Pan poświęcił, co robił w życiu?

Gdybym został takim milionerem to… zacząłbym pisać książki, może dzieliłbym się swoimi doświadczeniami z tymi, którzy chcieliby z nich korzystać. Miałbym czas zająć się też propagowaniem ekologii, oszczędności − w rozumieniu odwrotności konsumpcjonizmu, dbałości o to, żeby zachować świat w dobrym stanie dla naszych dzieci i wnuków, bo to, co obserwujemy, jest bardzo niepokojące. Gdybym był takim milionerem, to również przeznaczyłbym część środków na wymyślenie takich zajęć czy zadań, które dałyby szansę godnej pracy i życia ludziom z tych rejonów świata, gdzie panuje nędza i brak nadziei. Więc – odpowiadając na pytanie – nie tyle hobby, co poświęcenie czasu na coś sensownego. A jeśli chodzi o zainteresowania i hobby zupełnie prywatne to książki. Czytuję dosyć dużo kryminałów – głównie Mankella, Rankina, Deavera i Deona Meyera, a z Polaków: Miłoszewskiego, Konatkowskiego, Kuźmińskich, Mroza, czasem także fantastykę dla zupełnego relaksu. Lubię też książki historyczne – takie jak Zaginione królestwa Normana Daviesa, 1914 lub Bizancjum oraz ciekawe pozycje ekonomiczne – np. Piketty’ego, Taleba.  No i – jeśli czas na to pozwala – chętnie podróżuję. Niekoniecznie daleko. W naszym kraju jest wiele pięknych, a mało znanych miejsc, podobnie w sąsiadujących z naszym regionem Czechach i na Słowacji. Zdarzają się nam takie rodzinne wypady w ciekawe okolice. Latem odwiedziliśmy na przykład Hum na Istrii, które trudno znaleźć na mapie, a jest opisywane jako najmniejsze miasto świata. Leży ono w rejonie, gdzie jeszcze około 100 lat temu posługiwano się głagolicą, czyli jednym z dawnych alfabetów słowiańskich. Tego typu przygody. Ale nie wyobrażam sobie spędzania czasu tylko na samej lekturach i podróżach. No, może na późnej emeryturze.

Koleje Śląskie są spółką należącą do samorządu województwa śląskiego. Świadczą usługi na 12 liniach – przede wszystkim w obrębie województwa śląskiego, ale nie tylko. Pociągi Kolei Śląskich można spotkać również w Oświęcimiu, Zakopanym, a także… za granicą, po stronie czeskiej. Na śląskich torach zadebiutowały 1 października 2011 roku. W ciągu roku przewożą około 16 mln pasażerów.

 

Wojciech Dinges objął stanowisko prezesa Zarządu Kolei Śląskich w 2015 roku, ale z branżą transportową jest związany od 1993 roku. Wiedzę i doświadczenie zdobywał m.in. w takich firmach jak Bombardier Transportation ZWUS Polska, CTL Rail oraz House of Solutions International. Ponadto realizował projekty zawodowe dla wielu innych firm z tej branży, a od czasu do czasu prowadzi wykłady z zakresu zarządzania projektami. Ukończył kolejno: Politechnikę Śląską w Gliwicach (kierunek: Elektronika), Szkołę Główną Handlową w Warszawie (Zarządzenie przedsiębiorstwem w warunkach Unii Europejskiej) oraz – z wyróżnieniem – Coventry University (Executive MBA in International